
XVII Niedziela Zwykła
Z radości
Prawdziwy skarb poznajesz po tym, że zanim cokolwiek od Ciebie zażąda, najpierw przywraca Ci radość.
Posłuchaj.
Skarbu zwykle nie znajduje się na polowaniu na skarby. Znajduje się go w zwykły dzień. W środku czegoś innego. Kiedy akurat robisz coś prostego, codziennego — i nagle coś. Coś, co rozświetla wszystko dookoła.
Dziś — siedemnasta niedziela zwykła, środek lata — chcę z Tobą posiedzieć przy dwóch bardzo krótkich obrazach. Dwa zdania, nie więcej. Człowiek, który znalazł skarb w polu. I kupiec, który znalazł jedną perłę. To jest, jak myślę, Słowo o radości. O tym, jak radość potrafi w jednej chwili przestawić w nas wszystko. Zostawmy słowa. Posłuchajmy.
„Królestwo niebieskie podobne jest do skarbu ukrytego w roli. Znalazł go pewien człowiek i ukrył ponownie. Z radości poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił tę rolę. Dalej, podobne jest królestwo niebieskie do kupca, poszukującego pięknych pereł. Gdy znalazł jedną drogocenną perłę, poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił ją." (Mt 13, 44–46)
Zacznijmy od pierwszego człowieka. On nie szukał skarbu. To trzeba zobaczyć od razu, bo cała reszta z tego wynika. On po prostu pracował. Był w polu — pewnie nie swoim, pewnie najętym do cudzej roboty — i kopał. Zwykły dzień. I w pewnym momencie łopata uderzyła w coś twardego.
Skarb nie przyszedł jako nagroda za poszukiwanie. Przyszedł w środku codzienności. W dzień, który niczym się nie zapowiadał.
I tu chcę Ci coś opowiedzieć. Coś swojego. Pamiętam dokładnie pewien obraz. Moja żona, drugi miesiąc ciąży, siedzi i je brzoskwinię. Nic więcej. Letni dzień, brzoskwinia, sok na palcach. I ten uśmiech — uśmiech, który po prostu nie znikał jej z twarzy. Ręka co chwilę wędrowała na brzuch, jeszcze płaski, jeszcze nie było czego dotykać — a ona i tak go masowała. Bez przerwy.
To nie był żaden wielki moment. Nikt go nie zaplanował. Nie było fanfar. Była brzoskwinia i uśmiech. A ja patrzyłem na to i czułem, że właśnie uderzyłem łopatą w coś twardego.
I myślę, że to jest pierwsza cicha rzecz w tej przypowieści. Skarb najczęściej nie czeka tam, gdzie go szukamy. Czeka w polu, przez które akurat przechodzimy. W zwykłym popołudniu. W kimś, kto je owoc i się uśmiecha.
Może i Ty masz taki obraz. Coś, co nie wyglądało na przełom. Dzień, który nie był odświętny. A jednak coś się wtedy w Tobie poruszyło — cicho, bez zapowiedzi. Bo skarb z tej przypowieści jest ukryty. „Skarb ukryty w roli." Ukryty — to znaczy, że trzeba być blisko, żeby go znaleźć. Że nie świeci z daleka. Że pokazuje się tylko temu, kto akurat tam jest, kto kopie, kto został, kto nie przeszedł obok.
I teraz najważniejsze słowa całej przypowieści. „Z radości." Posłuchaj jeszcze raz, w jakiej kolejności to się dzieje. Znalazł. Z radości poszedł. Sprzedał wszystko. Najpierw znalezienie. Potem radość. I dopiero potem — sprzedaż.
Radość jest w środku. Radość jest tym, co napędza wszystko, co przychodzi później. Ten człowiek nie sprzedaje wszystkiego, zaciskając zęby. Nie robi bilansu. Nie siada wieczorem i nie liczy, czy go stać. On sprzedaje wszystko, bo radość już przestawiła w nim kolejność rzeczy. To, co jeszcze wczoraj było ważne, dziś po prostu zeszło na swoje miejsce.
I wracam do tamtego obrazu. Do żony, brzoskwini, uśmiechu, ręki na brzuchu. Bo wiesz, co wtedy pomyślałem? Pomyślałem: to po to. To po to były te wszystkie wyrzeczenia. Te lata starań, te rzeczy odłożone, te trudne odcinki drogi. Patrzyłem na ten uśmiech i nagle wszystko, co kiedyś wydawało się ceną — przestało być ceną.
I chcę tu być bardzo dokładny, bo łatwo to przekręcić. Nie chodzi o to, że im więcej oddasz, tym bardziej kochasz. Nie chodzi o to, że koszt jest dowodem miłości. To byłoby odwrócenie wszystkiego do góry nogami. Tamten człowiek nie kocha skarbu dlatego, że dużo zapłacił. Jest dokładnie odwrotnie: zapłacił dużo, bo najpierw zobaczył skarb. Najpierw przyszła radość. Cena przyszła po niej — i w świetle radości przestała wyglądać jak strata.
To jest, jak myślę, jeden z najpewniejszych testów. Sposób, żeby rozpoznać, co w Twoim życiu jest prawdziwym skarbem, a co tylko ciężarem w przebraniu. Prawdziwy skarb poznajesz po tym, że zanim cokolwiek od Ciebie zażąda — najpierw przywraca Ci radość.
Bo jest coś, co działa odwrotnie. Coś, co najpierw żąda. Najpierw mówi: masz, musisz, trzeba. A radość — jeśli w ogóle przychodzi — przychodzi później, jako nagroda, jeśli się dobrze sprawisz. Ale skarb z przypowieści tak nie działa. Skarb najpierw daje radość. I dopiero ta radość sprawia, że człowiek w ogóle chce coś z nią zrobić.
Jest w tej przypowieści jeszcze jeden szczegół, mały, łatwy do przeoczenia. Człowiek znalazł skarb — i, jak mówi Ewangelia, „ukrył go ponownie". Ukrył z powrotem. Znalazł — i zasypał. Zostawił tam, gdzie był, i odszedł, zanim wrócił po niego naprawdę.
I to jest coś, co znam bardzo dobrze. Powiem Ci tak. Wiara nigdy we mnie nie umarła. Ale przez długie lata chowałem ją głęboko. Zasypywałem. Schodziła pod ziemię — nie dlatego, że jej nie było, tylko dlatego, że ja ją tam wkładałem. I mimo to ona wracała. Wracała w najmniej spodziewanych okolicznościach.
I myślę, że tak bywa ze skarbem, który raz się znalazło. Można go zakopać z powrotem. Można udawać, że się o nim zapomniało. Można przejść obok własnego pola tysiąc razy. Ale jeśli to był prawdziwy skarb — on tam dalej jest. Czeka.
Może i Ty masz takie pole. Miejsce, gdzie kiedyś coś się odsłoniło — przebłysk, wewnętrzna pewność, chwila, w której coś było jasne. A potem wróciło pod ziemię. Bo nie był to dobry moment. Bo życie szło dalej. Nie mówię tego z wyrzutem. Mówię to raczej z ulgą. Bo skarb, który raz był prawdziwy, nie psuje się w ziemi. On czeka tak długo, jak trzeba. I czasem wystarczy jedna chwila, żeby się znów odkopał.
Wróćmy na koniec do tamtego dnia. Do dnia, w którym mój skarb przestał być ukryty. Bo była taka jedna chwila. Wystarczyła jedna. Zobaczyłem ją po raz pierwszy. Ścisk maleńkiego palca. Uśmiech żony, kiedy ją zobaczyła. To, jak położyłem ją sobie na przedramieniu — całą, lekką, mieszczącą się na jednej ręce. I nie mam na to słów. Powiem tylko tyle: nieporównywalne z niczym innym.
W pierwszym czytaniu z tej niedzieli Bóg mówi do Salomona: proś, o co chcesz. Cokolwiek. A Salomon — który mógł poprosić o bogactwo, o długie życie, o cokolwiek — prosi o jedno. O serce, które umie rozróżniać. O serce, które rozpozna, co naprawdę jest cenne.
I myślę, że to jest właśnie ta łaska. Nie samo posiadanie skarbu. Ale serce, które potrafi go rozpoznać, kiedy się pojawi — w polu, w zwykłym dniu, w uśmiechu, w ścisku małego palca. Serce, które nie przejdzie obok. Bo skarby się nam pokazują. Częściej, niż myślimy. Pytanie nie brzmi, czy są. Pytanie brzmi, czy mamy serce, które się zatrzyma i powie: o, to jest to.
I tu Cię zostawiam. Nie z zadaniem. Tylko z jednym pytaniem — i z ciszą, żeby miało gdzie wybrzmieć. Co ostatnio przywróciło Ci radość tak czystą, że nie liczysz już kosztu?
Nie odpowiadaj od razu. Może to nie było nic wielkiego. Może to była brzoskwinia i czyjś uśmiech. Może coś tak zwykłego, że nie przyszło Ci jeszcze do głowy nazwać to skarbem. Ale jeśli przyszła radość — najpierw radość — to może właśnie tam jest Twoje pole. I może warto wrócić i kopać.
Niech to w Tobie zostanie. Bez pośpiechu. Marek.
