
XVIII Niedziela Zwykła
Pięć chlebów
Bóg nie zaczyna od tego, czego nie masz. Zaczyna od tego małego, które Ty już spisałeś jako nic.
Posłuchaj.
Większość z nas prawie cały czas coś liczy. Nie pieniądze. Choć czasem pieniądze. Liczymy, czy mamy dość. Dość czasu, dość siły, dość cierpliwości na to, co przed nami. Robimy w głowie cichy spis — i bardzo często ten spis kończy się słowem „za mało".
Dziś — osiemnasta niedziela zwykła — chcę z Tobą posiedzieć przy scenie, w której uczniowie Jezusa robią dokładnie taki spis. Liczą. I wychodzi im, że nie mają nic. A w ich rękach jest pięć chlebów i dwie ryby. Zostawmy słowa. Posłuchajmy.
„Gdy Jezus to usłyszał, oddalił się stamtąd w łodzi na miejsce pustynne, osobno. Lecz tłumy zwiedziały się o tym i z miast poszły za Nim pieszo. Gdy wysiadł, ujrzał wielki tłum. Zlitował się nad nimi i uzdrowił ich chorych. A gdy nastał wieczór, przystąpili do Niego uczniowie i rzekli: Miejsce to jest puste i pora już spóźniona. Każ więc rozejść się tłumom: niech idą do wsi i zakupią sobie żywności! Lecz Jezus im odpowiedział: Nie potrzebują odchodzić; wy dajcie im jeść! Odpowiedzieli Mu: Nie mamy tu nic prócz pięciu chlebów i dwóch ryb. On rzekł: Przynieście Mi je tutaj! Kazał tłumom usiąść na trawie, następnie wziąwszy pięć chlebów i dwie ryby, spojrzał w niebo, odmówił błogosławieństwo i połamawszy chleby dał je uczniom, uczniowie zaś tłumom. Jedli wszyscy do sytości, i zebrano z tego, co pozostało, dwanaście pełnych koszy ułomków. Tych zaś, którzy jedli, było około pięciu tysięcy mężczyzn, nie licząc kobiet i dzieci." (Mt 14, 13–21)
Zacznijmy od uczniów. Jest wieczór. Miejsce pustynne, daleko od wsi. Tłum ogromny, głodny. I uczniowie robią coś bardzo rozsądnego. Robią spis. Podchodzą do Jezusa i mówią: miejsce jest puste, pora już późna, odeślij ludzi, niech sami kupią sobie jedzenie.
Zwróć uwagę — oni nie kłamią. Wszystko, co mówią, jest prawdą. Naprawdę jest wieczór. Naprawdę nie ma w pobliżu sklepu. Naprawdę pięć chlebów to nie jest obiad dla pięciu tysięcy ludzi. Ich spis jest dokładny. Ich spis jest uczciwy. I właśnie dlatego jest tak niebezpieczny.
Bo ja ten spis znam od środka. Robię go bez przerwy. Powiem Ci, jak to u mnie wygląda. Mam rodzinę. Mam mieszkanie. Mam samochód. I mimo to mój umysł najpierw dopowiada: ale. Ale nie ma stabilnej pracy. Ale to mogłoby być pewniejsze. Ale.
I nie mówię tego jako skarga. Nie chodzi o to, że mam za mało — wiem, że mam dużo. Chodzi o coś innego. O sam mechanizm. O to, że cokolwiek bym miał, mój umysł i tak zaczyna od strony „ale". Najpierw widzi brakujący element. Najpierw liczy to, czego nie ma.
I myślę, że to nie jest tylko moje. Myślę, że to jest bardzo ludzkie. Siadasz wieczorem — masz dach, masz bliskich, masz przeżyty dzień — a w głowie i tak włącza się ten cichy spis. Czego dziś było za mało. Co się nie udało. Gdzie nie wystarczyło.
Uczniowie patrzą na pięć chlebów i nie mówią „mamy pięć chlebów". Mówią: „nie mamy nic". To „nic" jest spisem. To „nic" jest tym samym „ale", które ja słyszę w sobie co wieczór.
I teraz to zdanie, które jest sercem dzisiejszej sceny. „Nie mamy tu nic prócz pięciu chlebów i dwóch ryb." Posłuchaj, jak to jest zbudowane. „Nie mamy nic" — a zaraz potem: „prócz pięciu chlebów i dwóch ryb". Czyli oni mają. Mają konkretnie pięć chlebów i dwie ryby. To nie są puste ręce. To jest coś. Ale ponieważ to coś jest małe, a problem jest ogromny — w ich zdaniu to coś zamienia się w „nic".
To jest dokładnie ten mechanizm. Bierzesz to, co masz. Zestawiasz to z rozmiarem potrzeby. I jeśli nie wystarcza na całość — przekreślasz. Mówisz: to się nie liczy. To prawie nic.
I teraz powiem Ci, gdzie ja to robię najmocniej. Nie przy pieniądzach. Nie przy samochodzie. Robię to przy własnej wierze. Bo jak wygląda moja wiara? Z zewnątrz — prawie nie wygląda. Nie mam wielkich aktów. Nie mam regularnych obrzędów. To, co mam, to raczej cicha rozmowa. Rozmowa z własnym sumieniem, czasem z Bogiem, prowadzona gdzieś w środku dnia, bez świadków. I kiedy patrzę na to swoje pięć chlebów — na tę cichą rozmowę — pierwsza myśl, która przychodzi, brzmi: czy to w ogóle jest wiara?
Słyszysz, co właśnie zrobiłem? Zrobiłem spis uczniów. Wziąłem to, co naprawdę mam — bo ta rozmowa jest prawdziwa, ona się dzieje — zestawiłem to z obrazem „prawdziwej, wielkiej wiary", i wyszło mi „nic". „Nie mam nic prócz paru cichych rozmów."
A może i Ty masz takie pięć chlebów. Może Twoja wiara też nie wygląda na wiele. Jakaś modlitwa rzucona w pośpiechu. Jakieś „pomóż mi" wypowiedziane w samochodzie. Tęsknota, której nie umiesz nazwać. Coś, o czym myślisz: to za mało, żeby się liczyło.
I tu chcę być bardzo dokładny. Bo łatwo to usłyszeć tak: „nieważne, ile masz, i tak jest dobrze". Nie o to chodzi. Jezus nie mówi uczniom, że pięć chlebów wystarczy. Pięć chlebów nie wystarczy — to prawda. On mówi co innego. On mówi: nie przekreślajcie tego. Nie nazywajcie tego „niczym". Bo Ja zaczynam właśnie od tego.
Bóg nie zaczyna od tego, czego nie masz. Zaczyna od tego małego, które Ty już spisałeś jako nic.
Bo zobacz, co Jezus robi dalej. Nie mówi: idźcie poszukać więcej. Nie mówi: wróćcie, kiedy uzbieracie tyle, żeby starczyło. Mówi trzy słowa: „Przynieście Mi je tutaj." Przynieście. To, co macie. Te pięć chlebów, które przed chwilą nazwaliście niczym — przynieście dokładnie to.
I to jest moment, który chcę dziś zostawić przy Tobie najwyraźniej z całego Słowa. Rozmnożenie nie dzieje się przedtem. Nie jest tak, że chleba najpierw przybywa, a potem uczniowie go niosą. Jest odwrotnie. Najpierw trzeba przynieść to małe. Cud dzieje się w rękach Jezusa — ale dopiero po tym, jak ktoś włożył w te ręce swoje śmieszne pięć chlebów.
A my robimy odwrotnie. My czekamy. Czekam, aż będę miał dość, żeby przynieść. Aż moja wiara będzie dość duża, dość poukładana, dość podobna do tej prawdziwej — i wtedy ją przyniosę. Mówię sobie: jeszcze nie teraz, jeszcze za mało, najpierw muszę uzbierać. Ale w tej scenie nikt nic nie uzbierał. Uczniowie przynieśli swój brak. Przynieśli pięć chlebów i zdanie „to jest nic". I to wystarczyło, żeby zacząć.
W pierwszym czytaniu z tej niedzieli prorok Izajasz woła: „Przyjdźcie, kupujcie bez pieniędzy i bez płacenia." Bez płacenia. Nie trzeba mieć czym zapłacić, żeby usiąść na trawie. Nie trzeba najpierw uzbierać. Nie ma progu, który trzeba przekroczyć. Jest tylko zaproszenie: przynieś to, co masz w ręku. Teraz. Takie, jakie jest.
I tu dochodzimy do końca sceny. „Jedli wszyscy do sytości." Do sytości. Nasycili się. Pięć tysięcy ludzi na trawie, najedzonych, spokojnych. I jeszcze zostało — dwanaście pełnych koszy. Po było więcej niż przed.
I tu wracam do siebie. Siedzę wieczorem. Mam wystarczająco — naprawdę mam. Dom jest cichy, dzień się skończył, niczego mi w tej chwili nie brakuje. A mój umysł i tak dalej liczy. Dalej szuka następnego „ale". Następnej rzeczy, którą mógłbym jeszcze mieć, żeby w końcu powiedzieć: teraz mam wszystko.
I zacząłem podejrzewać, że ten moment „teraz mam wszystko" nigdy tak nie przyjdzie. Że nie da się go osiągnąć na końcu liczenia — bo liczenie nie ma końca. Zawsze znajdzie się następne „ale".
Nasycenie z tej sceny nie przyszło na końcu liczenia. Przyszło na trawie. Przyszło z pięciu chlebów — w chwili, w której ktoś przestał odsyłać ludzi i przyniósł to, co miał. Więc może ten moment „stop", którego tak szukam — to nie jest moment, w którym wreszcie mam dość. To jest moment, w którym kończę liczyć.
I tu Cię zostawiam. Nie z zadaniem. Zostawiam Cię z jednym pytaniem i z ciszą, żeby miało gdzie wybrzmieć. Co dziś nazywasz niczym, choć może właśnie to masz przynieść?
Nie odpowiadaj od razu. Może to jest coś bardzo małego. Jakiś gest, jakaś cicha modlitwa, jakaś odrobina, która Twoim zdaniem się nie liczy. Nie przekreślaj tego. Nie nazywaj tego „niczym". Bo Bóg nie czeka, aż uzbierasz dość. On czeka, aż przyniesiesz to, co masz w ręku już teraz.
Niech to w Tobie zostanie. Bez pośpiechu. Marek.
