
XV Niedziela Zwykła
Siewca, który nie sortuje
Siewca nie czekał, aż uznam pole za gotowe. Rzucił ziarno także tam, gdzie ja sam widziałem tylko stratę.
Posłuchaj.
Niedziela lipca. Piętnasta zwykła. Lato pełne, dni długie, wieczory powolne. Jeśli słuchasz tego po dwudziestej drugiej — może okno otwarte, może herbata, może koniec dnia, w którym nic szczególnego się nie wydarzyło.
Dziś chcę z Tobą posiedzieć przy krótkim fragmencie z Mateusza. Przypowieść o siewcy. Znasz ją prawdopodobnie. Ale Jezus, kiedy ją opowiedział tłumowi, nie wyjaśnił. Wyjaśnił dopiero uczniom — na osobności, później. Tłum dostał tylko obraz. Może to znaczy, że obraz sam wystarczy. Zostawmy słowa. Posłuchajmy.
„Oto siewca wyszedł siać. A gdy siał, niektóre ziarna padły na drogę, nadleciały ptaki i wydziobały je. Inne padły na miejsca skaliste, gdzie niewiele miały ziemi; i wnet powschodziły, bo gleba nie była głęboka. Lecz gdy słońce wzeszło, przypaliły się i uschły, bo nie miały korzenia. Inne znowu padły między ciernie, a ciernie wybujały i zagłuszyły je. Inne w końcu padły na ziemię żyzną i plon wydały, jedno stokrotny, drugie sześćdziesięciokrotny, a inne trzydziestokrotny. Kto ma uszy, niechaj słucha!" (Mt 13, 3–9)
Zatrzymam się przy obrazie samego siewcy. Siewca z tej przypowieści jest, prawdę mówiąc, dziwny. Wychodzi i rzuca ziarno. Nie wybiera gleby. Niektóre padnie na drogę — nadlecą ptaki. Niektóre na skały. Niektóre w ciernie. Niektóre na żyzną ziemię. On rzuca dalej.
Każdy z nas — gdybyśmy trafili do siewu — sortowalibyśmy. Ja na pewno. To pole odpuść, tam ziemi nie ma. Tam już raz coś padło, nie urosło. Zostawmy. Pomińmy.
Coś osobistego. Zrobiłem kiedyś coś dużego — i następnego dnia to zepsułem. Jedna rozmowa z nieodpowiednią osobą. Coś, co miało zostać zamknięte — otworzyłem. Wszystko było jasne. To koniec. Szef wybaczył, ale ja wiedziałem. Pozamiatane. Odszedłem. Zmieniłem kierunek. To pole stracone, nie wracam.
I to nie jest unikalne. Każdy ma takie pola. Praca, na którą nie wrócimy. Relacja, którą sami zamknęliśmy. Coś, w czym widzieliśmy siebie i przestaliśmy widzieć. Sortujemy. Ja, Ty, każdy.
I tu wracam do przypowieści. Siewca nie sortuje. Nie kalkuluje. Nie pomija. Rzuca obficie — również tam, gdzie ja sam bym oznaczył pole jako stracone. Ptaki? Skały? Ciernie? Nie czeka aż gleba będzie idealna. Po prostu sieje.
Izajasz powiedział to wcześniej: „Jak deszcz nie wraca z nieba, dopóki nie nawilży ziemi." Deszcz pada wszędzie. Bez kalkulacji. Siewca nie sortuje. Człowiek sortuje. I czasem sortuje samego siebie jako pole stracone.
Bo wiesz — łatwiej sobie wyobrazić, że Bóg sortuje, niż uwierzyć, że nie. Łatwiej powiedzieć: to nie dla mnie. Niż przyjąć, że już padło ziarno. Wolę być stracony. Bo stracony przynajmniej wiem, kim jestem. Obsiany — to wymaga czegoś, co bardziej kosztuje.
I wracam do tamtego pola, które uznałem za stracone. Bo to nie jest koniec. Po dziesięciu latach — pełnej zmiany kierunku, innej pracy, innego życia — wróciłem. Wróciłem do tego samego. Ze zdwojoną chęcią. Jakby tamten dzień nie był końcem. Tylko przerywnikiem.
To wszystko pracowało jakby bez mojej zgody. Bo ja przez te dziesięć lat nie pracowałem nad powrotem. Nie planowałem. Nie tęskniłem nawet specjalnie. Żyłem dalej, gdzie indziej. A potem coś się obudziło — coś wzeszło, używając obrazu z przypowieści — i odkryłem, że ta sprawa była dalej żywa. Czekała.
To nie była moja praca. To nie ja zachowałem ziarno. Siewca pracował tam, gdzie ja nie patrzyłem. Cicho. Bez mojej decyzji.
I myślę — to się dzieje też w Tobie. Coś już zostało zasiane, co Ty dawno uznałeś za stracone. Może to pole, na które nie wracasz dziesięć lat. Albo dwadzieścia. Może to coś, co nazwałeś „to już nie ja". A ono dalej leży. Pod ziemią. Pracuje.
I wracam ostatni raz do przypowieści. „Kto ma uszy, niechaj słucha." Tym Jezus kończy. Nie wyjaśnia. Nie podsumowuje. Tylko zaprasza do słuchania. I myślę — słuchać nie znaczy tu zrozumieć. Słuchać znaczy czekać. Słuchać znaczy nie kategoryzować. Słuchać znaczy nie oceniać gleby za wcześnie.
Bo Twoja ocena — to pole stracone, ten okres skończony, ta sprawa nieaktualna — może być przedwczesna. Może w tej glebie, którą sam siebie oznaczyłeś jako nieudaną, już padło ziarno. Może rośnie. Może czeka.
I nie chcę z tego robić obietnicy w stylu „wszystko będzie dobrze". Nie wszystko będzie dobrze. Niektóre ziarno faktycznie zostanie wydziobane. Niektóre uschnie. To jest częścią obrazu, Jezus tego nie owinął w cukier. Ale jednocześnie — i to jest moja jedyna pewność z tej historii, którą Ci opowiedziałem — to nie był przypadek. Nie wiem, czy to była głupota, determinacja, czy coś większego. Wiem jedno — to nie był przypadek.
A skoro nie przypadek — to Siewca siał. Siewca nie czekał, aż ja uznam pole za gotowe. Siewca rzucił ziarno także tam, gdzie ja sam widziałem tylko stratę.
I tu Cię zostawiam. Z jednym pytaniem. Gdzie dziś sam siebie omijasz — a Siewca już Ciebie nie ominął?
Nie musisz odpowiadać dziś. Może nawet lepiej nie — odpowiedź mogłaby być zbyt szybka. Tylko zauważ. Że może jest takie pole w Tobie. Że może już tam padło ziarno. I że może to, co dziś dla Ciebie wygląda na suchą glebę — jest cierpliwe. Słuchaj. Czekaj. Nie kategoryzuj. Bez pośpiechu. Marek.
